Kolejka na dach świata. Jak Everest stał się zakorkowanym szczytem

everest
5 min read

W maju, przez kilka dni w roku, na ścianie najwyższej góry świata tworzy się kolejka. Nie metafora, nie przesada — dosłowna kolejka setek ludzi przypiętych do tej samej liny, stojących nieruchomo na wysokości powyżej ośmiu tysięcy metrów, gdzie każdy oddech dostarcza trzy razy mniej tlenu niż na poziomie morza. Zdjęcia z tych dni obiegają internet co sezon i za każdym razem wywołują to samo zdumienie: jak to w ogóle możliwe?

Dlaczego wszyscy idą w tym samym momencie

Everest nie jest górą, którą można zdobywać przez cały rok. Okno pogodowe — kilka, najwyżej kilkanaście dni w maju, kiedy wiatry opadają wystarczająco, żeby atak szczytowy miał sens — wyznacza harmonogram wszystkim. Niezależnie od tego, ile ekspedycji jednocześnie czeka w bazie, góra „otwiera się” raz w sezonie i wszyscy wiedzą, kiedy to nastąpi.

Problem w tym, że Nepal od lat wydaje pozwolenia na wejście praktycznie bez limitu. W rekordowych sezonach było ich blisko pięćset dla samej strony nepalskiej, a do każdego pozwolenia dochodzą szerpowie, personel techniczny i obsługa ekspedycji. Łącznie na górze przebywa wtedy kilkuset ludzi, z których znaczna część atakuje szczyt w ciągu jednego, może dwóch dni. Rezultat jest nieuchronny.

Simone Moro, jeden z najlepszych himalaistów świata, po jednej z takich wizyt skomentował sytuację krótko: czuł się jak w parku rozrywki. Wyszedł na atak szczytowy bez tlenu z butli — co wymaga stałego rytmu — i co chwilę stawał w korku. Zawrócił.

Gdzie dokładnie tworzą się zatory

Większość zdjęć pokazuje kolejkę przy samym wierzchołku, ale to nie jedyne miejsce, gdzie ruch staje. Pierwsza pułapka pojawia się znacznie niżej — na lodospadzie Khumbu, chaotycznym labiryncie pękającego lodu tuż nad obozem bazowym. Szczeliny pokonuje się tam po drabinkach i linach rozpiętych w konkretnych miejscach. Kiedy kilkaset osób próbuje przejść tym samym fragmentem, czekanie jest nieuniknione. Tłok i wycieńczenie sprawiają, że ratowanie tych, którzy potrzebują pomocy, bywa w takich warunkach niemożliwe.

Przeczytaj też  Morsowanie – chcesz spróbować?

Wyżej, w tym co alpiniści nazywają strefą śmierci, każda minuta postoju ma inną cenę niż niżej. Organizm na tej wysokości nie regeneruje się — zużywa się. Stanie w kolejce przez godzinę przy temperaturze potrafiącej spaść do kilkudziesięciu stopni poniżej zera i przy wietrze, który nie daje się przewidzieć, to nie niedogodność. To konkretne ryzyko odmrożeń, hipoksji i decyzji, których potem już nie można cofnąć.

Kto stoi w tej kolejce

To nie jest już grono zawodowych alpinistów. Komercyjne wyprawy sprawiły, że Everest stał się dostępny dla każdego, kto może zapłacić. Pozwolenie od strony nepalskiej to koszt rzędu jedenastu tysięcy dolarów — ale to dopiero wejściówka. Pełna ekspedycja z operatorem, szerpami, sprzętem i logistyką kosztuje wielokrotnie więcej, a oferty agencji zaczynają się od trzydziestu, kończą na dziewięćdziesięciu tysiącach dolarów od osoby.

Za te pieniądze klient dostaje kompleksową obsługę: szerpowie niosą sprzęt, rozbijają obozy, gotują jedzenie, przypinają liny, a w krytycznym momencie często fizycznie pomagają wejść na szczyt i zejść z niego. Historia Gelje Sherpy, który przez sześć godzin niósł na plecach klienta z Malezji ze strefy śmierci do niższego obozu, bo ten nie był w stanie zejść o własnych siłach — to nie wyjątek. To ilustracja tego, jak działa dzisiejszy Everest.

Z drugiej strony tej samej liny stoi Kami Rita Sherpa, 55-letni Nepalczyk, który wszedł na szczyt po raz 31. w 2025 roku. Kiedy go pytają o rekord, mówi, że rekordy są przy okazji — on po prostu chodzi do pracy.

Co z tym robi Nepal

Mało. Pozwolenia generują dla Nepalu dziesiątki milionów dolarów rocznie i jest mało prawdopodobne, żeby rząd dobrowolnie ograniczył ich liczbę. Pojawiają się regulacje dotyczące śmieci i odchodów — wspinacze muszą teraz schodzić z własnym. Ale limitu wejść nadal nie ma, a dyskusja o jego wprowadzeniu toczy się od lat bez skutku.

Przeczytaj też  Rozgrzewka przed treningiem

UIAA, organizacja skupiająca światowe federacje wspinaczkowe, wzywa do dyskusji o bezpieczniejszym i bardziej zrównoważonym zdobywaniu góry, przy jednoczesnej ochronie środowiska i wspieraniu lokalnych społeczności. Na razie kończy się na wezwaniach.

Polska ma w tej historii własny rozdział: w 1980 roku Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki weszli na Everest zimą jako pierwsi ludzie w historii, bez operatora, bez komercyjnej infrastruktury, w warunkach, które dziś byłyby uznane za samobójcze. Wtedy szczyt zdobywało kilkadziesiąt osób rocznie. Teraz tylko w jednym sezonie wchodzi ich pięć razy tyle.

Dreszcz bez kolejki

Jest jeden szczegół, który robi największe wrażenie niezależnie od tego, czy ktoś wspinał się kiedykolwiek w górach czy nie: ta kolejka stoi nieruchomo w miejscu, gdzie śmierć jest oddalona od życia o kilkadziesiąt centymetrów błędu, złą decyzję lub nagłą zmianę pogody. Ludzie czekają tam cierpliwie, żeby zrobić zdjęcie na szczycie, na który większość z nich nigdy nie powinna była wchodzić.

Góra nie robi recenzji. Przyjmuje wszystkich i nie wszystkich wypuszcza.

foto: Joe Hastings, CC BY 2.0 https://creativecommons.org/licenses/by/2.0, via Wikimedia Commons

Jolene https://zycienagigancie.pl

Hej, jestem Jolene, a po polsku - Jolka. Zawsze interesowało mnie pisanie, dlatego stworzyłam tego bloga, aby dzielić się z wami różnymi interesującymi tematami, szczególnie w zakresie diety, zdrowego trybu życia i czasu wolnego. Bo to rzeczy, na które zwracam szczególną uwagę!

Z tej samej beczki